U mamy na imieninach…

Były kiedyś takie czasy, gdy razem z kumplami i kumpelkami w ciepłe, wiosenne czy letnie wieczory spotykaliśmy się przy ognisku piekąc kiełbaski, zdzierając struny głosowe przy dźwiękach gitary, czy opróżniając butelczynę chleba naszego powszedniego…

Czasem braliśmy ze sobą namioty, żeby trudy wieczoru odegnać od siebie przed powrotem do domu, częściej jednak, wspierani jeden przez drugiego, o własnych siłach, wracaliśmy po dopaleniu się ostatniego kawałka drewna. A że zapału do zbierania owego drewna nie było - spotkania przy ognisku nie były zbyt długie.

Człowiek chodząc do szkoły nie zarabiał zbyt wiele, lub - szczerze mówiąc - wcale. Ale zawsze jakieś grosiny na kiełbaski, soczek i wódeczność udało się wyskrobać. Dużo tego nie było, ale zawsze starczyło, by co-nieco przekąsić i wprowadzić do organizmu taką ilość procentów, by troszkę w głowie “zaszumiało”. Kiedyś jednak mieliśmy szczęście, że w miejscu, gdzie zwykle chadzaliśmy na nasze ogniska, ulokowali się na nocleg przyjaciele zza wschodniej granicy.

Widząc zaparkowany nieopodal samochód marki Łada, zapchany po brzegi torbami i torebkami, podeszliśmy do naszych druzjej i powiedzieliśmy: będziemy pić… Rosjan było dwóch, nas z dziesięciu… Nie wiedząc czemu, w ich oczach pojawił się strach… Zaczęli coś gorączkowo do siebie szeptać i dopiero butelka wódki postawiona na ich samochodzie wywołała u nich uśmiech na twarzy. A, PIĆ… A my dumali BIĆ… Ta, prawie tak samo brzmią te słowa, a jaka kolosalna różnica w znaczeniu… :-) Druzja też wyciągnęli coś ze swoich zapasów, więc mieliśmy czym oblać nową przyjaźń polsko-rosyjską…

Czas minął nam szybko, przy temperaturze jaką dawał ogień z ogniska butelki szybko się “od wewnątrz” wysuszyły… Zaczęliśmy zbierać się do domu. Wielu z nas miało już nieźle w czubie, w końcu ilość wypitego alkoholu znacznie przekroczyła naszą “zwykł” normę… I tak wracając jeden z naszych kumpli co jakiś czas schodził z wału, by - jak to mówił - pospacerować po tej białej ścieżce… Musieliśmy go szybko łapać, bo owa ścieżka była po prostu rowem wypełnionym wodą, w której odbijało sie światło księżyca… :-) Ale jak się człowiek uprze, to zawsze dopnie swego… Tak było i tym razem. W pewnym momencie ten nasz kolega wdepnął w tę “ścieżkę”… zanurzając się w niej po głowę… Szybko żeśmy go wyciągnęli. Nie trudno sie domyśleć, że był calusieńki mokry. Totalnie.

Zdejmuj łachy… Okryjemy cię kocem, zawsze to lepiej niż leźć w mokrych ubraniach - zadecydowaliśmy. Nie stawiał żadnych oporów. Ubrania włożyliśmy do reklamówki, jego owinęliśmy kocem i wolnym krokiem, podśpiewując, wracaliśmy do domu. Postanowiliśmy odzianego tylko w koc gościa odstawić pod same drzwi. Nie chcąc jednak spotkać się “oko w oko” z jego rodzicami zadzwoniliśmy tylko dzwonkiem i… daliśmy nogę.

No, wykonaliśmy kawał dobrej roboty… Nie pozwoliliśmy koledze zmarznąć, odstawiliśmy pod same drzwi. Byliśmy z siebie dumni. Do czasu… aż na drugi dzień nie spotkaliśmy się z owym kolegą. Ale żeście mnie qu…wa zrobili… W samym kocu, pijanego.. Wchodzę do domu, a tam… patrzy na mnie kilkanaście zdumionych osób. Przecież moja matka imieniny miała, imprezę w domu zrobiła

Od tego dnia dobrze pamiętamy, kiedy matka naszego kumpla ma imieniny. Ale z kwiatkami jakoś nie lataliśmy. :-)

Tagi: , ,

Odpowiedzi: 2 do “U mamy na imieninach…”

  1. siupla mówi:

    Bardzo ciekawa historia :-)

  2. ktoś mówi:

    Ten kolega to był już niezły “kwiatek”.

Napisz odpowiedź