Chyba każdy w swej młodości - mniej lub bardziej zaawansowanej - miał taki moment, że wybierał sobie za obiekt swych marzeń jakąś starszą, znaną osobę. Często był to jakiś aktor/aktorka, piosenkarz/piosenkarka, w niektórych przypadkach być może także i nauczyciel…
Są także przypadki, kiedy to nauczyciel wypatruje wśród swoich uczniów tego jednego, jedynego, któremu poświęca więcej uwagi niż wynika to z jego obowiązków. W czasach, gdy byłem już uczniem technikum, w naszej szkole też miał miejsce taki przypadek. Młody chłopak - w klasie maturalnej - jakoś tak bardzo “zaprzyjaźnił się” ze swoją nauczycielką matematyki, że cała szkoła miała temat do rozmowy na długie miesiące… On - niespełna 19-letni młodzieniec, ona ok. 45-letnia kobieta. Dojrzała, z doświadczeniem, ustatkowana i… niemiłosiernie brzydka. Fakt, o gustach się nie dyskutuje, ale i tak każdy wiedział, że ten związek nie ma szans. Po maturze ich drogi na pewno się rozejdą - każdy z nas był tego zdania. Chłopak po prostu wykorzystał te swoje pięć minut, by ułatwić sobie start w dorosłe życie…
Czy ja bym się na to zdecydował? Często dyskutowaliśmy z kumplami na temat tego “dziwnego” związku i każdy z nas stanowczo odcinał się od myśli, że mógłby sam uczestniczyć w takim układzie. Życie często brutalnie weryfikuje nasze przekonania… ![]()
Na studiach trafiłem na nauczycielkę matematyki, która była starą - dosłownie i w przenośni - panną. Na zajęcia przychodziła zawsze z plecakiem, w którym przynosiła chyba całą swoją biblioteczkę matematyczną. Z tego względu nazywaliśmy ją Panią Plecaczkową. Krążyły na jej temat różne plotki wśród studentów, wśród nich i taka, że lubi ona zapraszać do swego mieszkania młodych studenciaków i w zamian za… pewnego rodzaju usługi - odwdzięczała się lepszą oceną z przedmiotu. Ale chyba o wszystkich można usłyszeć różne historie, większość nie do końca prawdziwych. Lecz plotka na jej temat miała możliwość ukazać się od strony bardzo realnej… do pewnego stopnia… ![]()
Kiedy po pierwszym roku czekaliśmy przed aulą na egzamin z matematyki, podeszła do mnie Plecaczkowa i spytała -To pan nazywa się XXX, prawda? Tak, to ja - odpowiedziałem. - Więc na portierni czeka na pana jakaś wiadomość… - Kiedy wypowiedziała to ostatnie zdanie i odeszła zacząłem zastanawiać się, jaka to wiadomość może czekać na portierni obcego wydziału (egzamin odbywał sie w budynku nie mojego rodzimego wydziału) na mnie, zwykłego, szarego studenta. Poszedłem do pań na portierni i powiedziałem, że zostałem poinformowany przez wykładowcę, że jest tu dla mnie jakaś wiadomość. Spojrzały na siebie jakoś tak dziwnie, zaczęły szukać… i po jakimś czasie zapytały: Pan XXX? Tak - odpowiedziałem. Pan YYY XXX? - spytały z niedowierzaniem. TAK - odpowiedziałem stanowczo jeszcze raz… No i dostałem do reki kopertę z moim imieniem i nazwiskiem, wypchaną czymś, co okazało się być… pękiem kluczy… Tylko co ja miałem z tym do cholery zrobić???
Koledzy oczywiście od razu zaczęli mi podpowiadać. Nie wiesz do czego te klucze? Plecaczkowa zaprasza Cię do domu… Pójdziesz i pięć z egzaminu masz jak w banku… A jak nie pójdziesz, to wiesz… kiszka…
Eeeee tam, pomyślałem, pewnie to klucze do auli, może profesor pomyślał, że właśnie ja (ale dlaczego ja?) mam otworzyć wcześniej salę, żebyśmy grzecznie czekali w środku na egzaminatorów… Ale żaden klucz nie pasował. Na domiar złego podeszła do mnie Plecaczkowa i zapytała, czy odebrałem wiadomość. Przytaknąłem mocno zmieszany… Popatrzyła na mnie tak dziwnie i spytała, czy jestem pewien, że to do mnie ta wiadomość i czy wiem, co z nią zrobić. Tak, odpowiedziałem nieśmiało… Koledzy i koleżanki miały niezły ubaw. Rozpościerali przede mną wizje wspólnie spędzonych z Plecaczkową chwil w jej mieszkanku. Z matematyki byłem niezły kozak, więc stwierdziłem, że nie pójdę. Wszak swoją godność trzeba mieć… A przedmiot zaliczę, jak nie tak, to komisyjnie.
W trakcie egzaminu wykładowczyni jeszcze raz spytała się mnie o tę wiadomość. I powiedziała, że jak nie wiem co ona oznacza, to mogę zwrócić ją na portiernię. Nic jej nie odpowiedziałem, ale zaraz po egzaminie pobiegłem na portiernię i te klucze oddałem. Trochę mi ulżyło, tyle tylko, że w drodze do akademika kumple zaczęli mnie pouczać: Chcesz wylecieć z uczelni, nie wiesz nawet ile taka zołza może narobić ci brudów. Przecież wszyscy to jej znajomi, jak nie matą to innym przedmiotem cię załatwi… Fakt, pomyślałem, wracam jednak po te klucze. Raz kozie śmierć… Toć to tylko chwila, po co marnować sobie przyszłość…
Wróciłem, ale panie na portierni wyleciały na mnie z krzykiem: bierze, oddaje, znów chce brać. Coś kręcisz, teraz to ci nie damy.
Do akademika wróciłem więc bez kluczy, co ma być to będzie - pomyślałem… Tydzień oczekiwania na wyniki z egzaminu z matmy był ciężki… Kiedy stałem przed aulą czekając na wywieszenie listy z ocenami, zacząłem czytać informacje na tablicy ogłoszeń. Spojrzałem na jedno z nich i nagle wszystko zrozumiałem. He he, jaki człowiek może być naiwny, wierząc w te legendy o wykorzystywaniu młodych studentów przez wykładowców, seksualnym wykorzystywaniu oczywiście. Bo pod tym ogłoszeniem podpisał sie prof. dr hab. YYY XXX. I to nie byłem ja, do tego tytułu mi jeszcze daleko… Choć imię i nazwisko się zgadzało…
A z egzaminu dostałem 5… ![]()